Scythe, czyli z Kosą na hype

Scythe to zdecydowanie najgłośniejsza planszowa premiera ubiegłego roku. Gra od pierwszych zapowiedzi wzbudziła ogromne zainteresowanie, a oczekiwania z nią związane były większe, niż wszystkich tytułów z zeszłorocznego Essen razem wziętych. Czy Scythe gładko wykosiła konkurencję, a może jednak trafiła kosa na kamień? Przekonajmy się!

♫ Przybyli mechami pod okienko ♫ *

Scythe została wydana przez Stonemaier Games, a polską wersję zawdzięczamy wydawnictwu Phalanx. Grę zaprojektował Jamey Stegmaier, który nie ma na swoim koncie wielkich sukcesów projektanckich. Skąd więc ten ogromny hype?
Kryje się za nim niesamowita oprawa graficzna. Akcja Scythe dzieje się w uniwersum 1920+, alternatywnej rzeczywistości dwudziestolecia międzywojennego, wykreowanym przez Jakuba Różalskiego, malarza i grafika. Na jego obrazach zobaczyć możemy swojskie pejzaże, pełne wiejskich terenów i… ogromnych mechów, które wprowadził do swojego uniwersum. Trzeba przyznać, że jego prace robią wrażenie i stały się magnesem nie tylko dla fanów planszówek.

Jedną z osób zachwyconych pracami Różalskiego był Jamey Stegmaier, który zaproponował polskiemu artyście współpracę przy tworzeniu swojej nowej gry. Tak, to jeden z niewielu przypadków, w których to grafika była pierwsza i stała się przyczynkiem do stworzenia planszówki! W Scythe gracze (od 1 do 5 osób) wcielą się w przywódców poszczególnych frakcji, którzy na terenach wzorowanych na Europie Wschodniej będą starali się zdobyć jak największy dobrobyt i poważanie wśród lokalnej ludności.

Obrazy Różalskiego trafiły więc do gry, a on sam zaprojektował też całą oprawę graficzną i ikonografię, która jest bardzo czytelna. Jedyny zarzut do oprawy graficznej to zbytnia pstrokatość mapy. Wygląda jak obraz z nałożoną siatką hexową, co przy pierwszym kontakcie z grą jest niekoniecznie czytelne. Nie rozumiem też, dlaczego pola Tuneli mogły zostać w jasny sposób wyróżnione graficznie, a rzeki już nie. Pola te mają ogromne znaczenie strategiczne, a przez niekiedy nieczytelną mapę łatwo o pomyłkę podczas kalkulacji ruchów. Jest to jednak bardziej uwaga dotycząca użyteczności, pod względem estetycznym oprawa graficzna Scythe kandyduje do miana małego dzieła sztuki.

Wykonanie gry trzyma równie wysoki poziom. Planszetki graczy, żetony, karty – wszystko odpowiedniej grubości i jakości. Moje karty nie trafiły do koszulek i nadal nie widać po nich żadnych śladów zużycia. W grze znajdziemy sporo drewna w nietypowych rozmiarach, elementy te również cieszą oko. Figurki nie są na poziomie Cool Minis Or Not, choć są ładne i dosyć szczegółowe, zwłaszcza bohaterowie. Same mechy wypadają już odrobinę gorzej i nie wszystkim się podobają, choć to już pewnie kwestia gustu.
Na osobny akapit zasługują planszetki graczy. Są grube i składają się z dwóch sklejonych kartoników, z czego w tym wierzchnim wycięte są otwory przeznaczone na drewniane znaczniki. Pasują one idealnie, nic nie przesuwa się nawet po mocnym szturchnięciu planszetki (Terraformacja Marsa zawstydzona idzie do kąta 😉 ). Planszetki te mają nie tylko walor użytkowy, ale są również bardzo istotne z punktu widzenia mechaniki gry.

„Niech na całym świecie wojna,
byle nasza wieś zaciszna,
byle nasza wieś spokojna.”

Pod względem mechanicznym Scythe jest zupełnie jak obrazy Różalskiego – hybrydowa. Z jednej strony mamy mechaniki typowe dla eurogier, z drugiej zaś figurki i walki. Na dokładkę dostajemy karty spotkań z gier przygodowych. Czy to w ogóle działa?

Owszem i to zaskakująco dobrze. Uczciwie trzeba przyznać, że w mieszance, którą serwuje nam Scythe, jest zdecydowanie więcej z gier ekonomicznych, niż ameritrashy. Może być to niemiłym zaskoczeniem dla graczy spodziewających się wielu krwawych walk i gry typu 4X. Mamy tu ekspansję i eksploatację, jednak w mocno eurowym wydaniu, eksploracji jak na lekarstwo, a eksterminacji, mimo obecności walk, nie uświadczymy w ogóle. Powiem to wprost – Scythe to euro, w dodatku niezbyt ciężkie i skomplikowane. Czy to źle? Absolutnie nie!

Plansza gracza podzielona jest na 4 sekcje, w każdej znajdziemy dwie akcje. Jak łatwo policzyć, dostępnych akcji jest 8 – po 4 „górne” i „dolne”. Jednak każda planszetka ma je inaczej sparowane, dolne akcje mają też różne koszty. Planszetki losowane są przed każdą grą, co świetnie wpływa na regrywalność.
Akcje są bardzo proste. W górnych znajdziemy ruch, produkcję, handel (alternatywne źródło surowców) i wzmocnienie (zdobycie piątego surowca – siły militarnej). Wśród dolnych akcji znajdziemy różne rodzaje rozbudowy naszego imperium – stawianie budynków, budowa mechów, rekrutacja specjalistów. Tutaj działanie jest zawsze podobne – płacimy koszt, aby wystawić na planszę odpowiedni element (mecha, budynek) i odblokować dodatkową umiejętność na naszej planszetce. Ostatnia akcja – ulepszenie działa podobnie. Po opłaceniu kosztu przekładamy jedną drewnianą kosteczkę przyporządkowaną do górnej akcji (wzmacniając jej efekt) na pole dowolnej dolnej akcji (zmniejszając jej koszt). Bardzo lubię takie rozwiązania w planszówkach, przypomina mi to Terrę Mysticę lub Eclipse. Tutaj jednak w jednej akcji mamy podwójny zysk – górna akcja będzie mocniejsza, a dolna tańsza. Świetne rozwiązanie, które w kreatywny sposób wykorzystuje zmyślnie zaprojektowane planszetki graczy. Przyznam, że tą mechaniką Scythe urzekło mnie najbardziej.

W swojej turze wybieramy jedną z sekcji na naszej planszetce i wykonujemy związane z nią akcje. Łatwo więc zauważyć, że nie będziemy w stanie w jednocześnie poruszyć się i np. produkować. W każdej turze trzeba też wybierać inną sekcję, więc handel dwa razy z rzędu również nie wchodzi w grę. Trzeba planować, rozmyślnie wybierać ruchy. Jeśli chcę się ruszyć dwa razy, to pomiędzy tymi turami muszę zrobić inną akcję. Skoro już ją robię, to warto zaplanować ją tak, żeby dała mi jak najwięcej. Ta sekcja na planszetce ma przecież dwie akcję, więc warto wszystko przeliczyć w taki sposób, żeby z tej dolnej również udało się skorzystać. Tak właśnie gra się w Scythe – ciągłe przeliczanie, optymalizowanie i dostrzeganie nowych możliwości, przez które musimy wszystko przeliczać i optymalizować ponownie. Przy czym nie jest to optymalizacja rodem z ciężkich euro, z kalkulatorem w ręku i przerwą na herbatę dla reszty graczy. W Scythe gra się bardzo szybko, w końcu nasza tura to tylko dwie akcje. Często nie zdążymy się nawet zastanowić nad kolejnym ruchem, a już musimy go wykonywać, zaś cała partia zamyka się zwykle w 90 minutach.

Wykonując te 8 akcji zarabiamy pieniądze i zdobywamy osiągnięcia. Każde z nich związane jest z maksymalnym rozwinięciem jednej z gałęzi naszego rozwoju. Gwiazdki zdobędziemy za wybudowanie wszystkich mechów, wykonanie wszystkich ulepszeń, zdobycie maksymalnej liczby siły itd. Gra kończy się, kiedy któryś z graczy spełni swoje szóste osiągnięcie i wyłoży na planszę swoją ostatnią gwiazdkę. Do klasycznej optymalizacji dochodzą więc elementy wyścigu. Warto dodać, że same dziedziny są ze sobą połączone – wybudowanie jednego z budynków pozwoli nam zyskiwać siłę przy handlu, rozstawienie mecha sprawi, że łatwiej będziemy się poruszać po mapie. Największą pułapką Scythe jest klasyczne w grach ekonomicznych myślenie „zrobię wszystkiego po trochu, na pewno się przyda”. Tu musimy się skupić na jednej – dwóch dziedzinach naszego imperium i dopiero po zdobyciu za nie gwiazdek zabrać się za coś innego. Inaczej zostaniemy ze wszystkim rozgrzebanym po trochu w momencie, kiedy ktoś skończy grę. Przestawienie się na inny sposób myślenia będzie ciekawym wyzwaniem dla wytrawnych eurograczy, którzy tutaj powinni znaleźć najciekawszy element gry.

Patrząc na figurki groźnych mechów, ktoś mógłby spodziewać się w grze walk i dużego ich wpływu na rozgrywkę. Bitwy w Scythe są policzalne i pozbawione losowości – każdy z walczących w tajemnicy deklaruje ile siły oraz kart walki „wyda” w bitwie. Siła i karty są ograniczone do pewnych wartości, łatwo jest więc policzyć, ile może dać przeciwnik i w efekcie walczyć z pewnością wygranej. Nie do końca to, co lubią tygryski rzucające wiadrem kostek, prawda? Mnie jednak nie przeszkadza, co więcej, jeśli w Scythe musiała się znaleźć walka, to tylko w takiej formie jak obecnie. Każda doza losowości w bitwie mogłaby okrutnie niszczyć plany. Co ciekawe strata figurek w walce nie boli zbytnio – przegrane jednostki nie są niszczone, wracają do naszej bazy i są gotowe do działania. Podobnie jak robotnicy, którzy mieli pecha znajdować się na polubitwy. Tutaj kolejna ciekawostka mechaniczna – za każdego robotnika, którego w ten sposób przegonimy, tracimy popularność. Jest to o tyle ważne, że popularność decyduje ile punktów będziemy dostawać za poszczególne kategorie punktowane na koniec gry. Jak już pisałem – Scythe nie jest grą o wojnie, jest grą o budowaniu dobrobytu na terenach tą wojną spustoszonych. Wszak kosa służy głównie do pracy w polu, tylko w wyjątkowych sytuacjach chłopi stawiali ją na sztorc…

Niestety losowości i jej wpływu na grę nie udało się twórcom uniknąć. Po wejściu na niektóre pola na planszy rozpatrujemy kartę spotkań. Zawsze mamy na niej zysk, jednak czasem bywa on bardzo sytuacyjny. Dostanie na początku gry surowców potrzebnych do rozstawienia mecha, który pozwoli nam przechodzić przez rzeki i szybciej przeprowadzić ekspansję potrafi mocno wpłynąć na losy gry. Przyznam szczerze, że karty spotkań nie podobają mi się w ogóle i bez żalu bym się z nimi pożegnał, mimo pięknych grafik, którymi są ozdobione.

 

„To dobre opowiadać w mieście o rozkoszach wsi, ale co za nuda je przeżywać”.

Wróćmy jeszcze na chwilę do grafik. Jak już pisałem wielokrotnie, są piękne, niestety klimat rozgrywki jest obecny właściwie tylko na nich. W połowie swojej pierwszej rozgrywki przestałem patrzeć na ilustracje na kartach, czytałem tylko tekst. Zacząłem ignorować grafiki na mapie, patrzyłem tylko na ikonki. Plastikowe figurki szybko przestały być groźnymi mechami, równie dobrze mogłyby to być drewniane pionki. Scythe to euro, z całą spuścizną tego gatunku, czyli oderwaniem klimatu od mechaniki gry. Jasne, niektóre akcje są fajnie powiązane z tematem, jak np. wzorowana na Rosji frakcja, która ciemięży ludzi i może wybierać tę samą akcję drugi raz z rzędu, lub umiejętność pływania nordyckich robotników. Jednak jaki sens ma fakt, że przez rzekę umiemy przejść dopiero po rozstawieniu mecha? Dlaczego rekrutując specjalistę w danej dziedzinie, dostaję bonus za każdym razem, kiedy któryś z sąsiadów daną akcję wykona? Jakim sposobem podczas produkcji w wiosce każdy robotnik tworzy nowego? Zawsze myślałem, że do tego potrzeba dwojga 😉
Wszystkie te mechanizmy działają bardzo dobrze i pod względem rozgrywki nie mam do nich zarzutów. Niestety klimat w tych miejscach rozchodzi się w szwach i trzeba sporo zaparcia, żeby nie przestać go dostrzegać.

 

„Wsi spokojna, wsi wesoła,
Który głos twej chwale zdoła?”

Scythe to kawał solidnej eurogry. Optymalizacja kolejnych akcji i wyścig po cele daje dużo frajdy. Gra trochę zbyt nagle się urywa jak na mój gust, wolę klasyczne dogrywanie tur. W Scythe zaś rozkręcamy się powoli, potem gra mocno przyśpiesza i kiedy rozgrywka jest najciekawsza, to dowiadujemy się, że ktoś właśnie skończył grę. Nie jest to duży zarzut, choć przy pierwszej rozgrywce może mocno zaskoczyć.
Gra skaluje się bardzo dobrze. Rozegrałem partie w składzie od trzech do pięciu osób i wszystkie były równie dobre. Do nauki polecam rozgrywki trzyosobowe, ponieważ mając dwóch przeciwników łatwiej pilnować zakończenia gry. Przy czterech oponentach bardzo ciężko jest śledzić kto i kiedy może wyłożyć daną gwiazdkę. Przyznam się, że niestety nie miałem okazji zagrać partii dwuosobowej, jednak wydaje mi się, że na mapie może być wtedy zbyt luźno.
W momencie, kiedy piszę ten tekst, Scythe znajduje się na szóstym miejscu rankingu BoardGameGeek. Według mnie stanowczo zbyt wysokie miejsce. Dla mnie to nie jest nawet najlepsza gra zeszłego roku, a już jedna z dziesięciu najlepszych gier w historii? W życiu! Nie zrozumcie mnie źle, Scythe to dobra gra, świetnie się przy niej bawiłem, jednak w gruncie rzeczy to typowa gra euro z kilkoma ciekawymi twistami mechanicznymi. Nie ma tutaj żadnej mechanicznej rewolucji, nie ma niczego, co wywindowałoby tę grę tak wysoko w rankingach. Jest za to kawał dobrego euro podanego w niesamowitej oprawie graficznej. Każdemu wielbicielowi dobrych gier ekonomicznych polecam zagrać, choć jednocześnie sprawdzić przed zakupem, gdyż gra jest bardzo droga (SDC to prawie 370 zł!). Ja za swój egzemplarz zapłaciłem 260 zł. To nadal sporo, choć biorąc pod uwagę wykonanie gry i zawartość pudełka jest to cena akceptowalna. Jeśli zaś jesteś fanem gier rodem zza wielkiej wody i trafiłeś tu tropem zabójczych mechów — cóż, to nie są figurki, których szukałeś 😉

Jak więc wypada Scythe w kontekście tytułowego pytania? Kosa nieco się wyszczerbiła, ale nadal jest świetnym narzędziem do pracy na naszym europoletku 😉

 

Skoro doczytaliście do tego momentu, należy się Wam nagroda. Zajrzyjcie jutro na mojego bloga, znajdziecie na nim konkurs związany ze Scythe!

 


*Wszystkie śródtytuły to parafrazy polskich utworów literackich.

Jeśli nie wiesz, dlaczego w moich recenzjach brakuje metryczki z oceną, zajrzyj tutaj.

  • „Dla mnie to nie jest nawet najlepsza gra zeszłego roku” Bluźnisz 😉

    • mat_eyo

      Dwie zdecydowanie lepsze mogę wymienić z miejsca, Scythe ma szansę na miejsce trzecie, choć to nic pewnego 😉

    • Ja niestety muszę się podpisać pod tym. Scyte to kawał solidnej gry, ale nie na tyle żeby być grą roku. W ubiegłym roku to czołówka gier, ale na pewno przegrywa z Terraformacją Marsa, a teraz jak już pograłem sporo w Great Western Trail, to ona też wyprzedza Scythe. Ale obie gry są dużo cięższe od Scythe, więc to pewnie kategorii w jakich ją należy rozpatrywać i faktycznie w swojej klasie, gier lżejszych, jest bardzo dobrym tytułem.
      Co do dwóch osób, to faktycznie zabawa jest średnia i jakakolwiek chęć konfrontacji nie ma sensu i szkoda na to czasu. Ja lubię ten aspekt w Scythe, więc po zagraniu raz już nie zamierzam siadać do niej w takim składzie. Mam jednak chęć zagrania w oszukany 3+ z botem 🙂

      • tomb

        Byłem ciekaw Twojej opinii, bo tekst po pierwszej partii dałeś entuzjastyczny. Aż mi się wierzyć nie chciało, że weteran ciężkich eurosów utrzyma tę bardzo wysoką ocenę.