Szybki rzut oka na okołoessenowe nowości – edycja 2025
Od kilku lat mamy z moimi przyjaciółmi tradycję, mianowicie kilkudniowy wyjazd planszówkowy na Mazury, podczas którego ogrywamy nowości, które Kuba przywozi z Essen. Dwa lata temu udało nam się zebrać wrażenia odnośnie tych gier i opisać je TUTAJ. Rok temu się nie udało (opisać, bo grane było 😉 ), natomiast w tym roku wracamy do tego formatu. Razem z Kubą i Frankiem zapraszam do czytania!
3 Witches
Kuba 7/10 Bardzo chciałem pokochać tę małą lewówkę, ale tylko ją polubiłem. Zaprojektowana dokładnie na trzy osoby, pozwala w każdym rozdaniu grać dwóch graczom przeciwko trzeciemu. Nieco zagmatwana jak na tak małą formę, co nie zmienia faktu, że tym małym karciankom od Allplay warto się przyglądać (Świetna Panda Panda z zeszłego roku!).
Franek 7/10 Dość dziwaczna lewówka tylko dla trzech graczy. Po minilicytacji jeden z graczy próbuje ugrać swoje, podczas gdy pozostali próbują mu to uniemożliwić. Sprawę komplikuje (zarówno pozytywnie, jak i negatywnie) fakt, że w każdym z kolorów występuje tylko część z możliwych wartości kart. Zapewne po 10 partiach w tym samym składzie śmiga jak złoto… ale mnie nie kusi. Ot, lewowa ciekawostka.
Adamastor
Kuba 8/10 Gra zagrana z zawodowego obowiązku – solo gra narracyjno-eksploracyjna to nie jest coś, co zwykle robię dla przyjemności. No i fajnie, że mam taką robotę, bo naprawdę miło sie zaskoczyłem. Coś jest niezwykłego w tym optymalizowaniu pełnej niebezpieczeństw wystawki, płynięciu przez wzburzony ocean i odkrywaniu fragmentów historii. Chyba bym trochę chciał tej historii więcej, bo gra trochę pcha do NIEgrania w historię, tylko pędzenia w stronę celu, ale te 25 minut, które zajmuje, są wypełnione dobrą zabawą.
Franek 7/10 Nowe wydanie gry solo z 2017 roku cieszy oczy. Przepięknie wygląda na stole, niestety, z mojego punktu widzenia nie odstaje niczym specjalnym od wielu innych solo karcianek, gdzie z każdą rundą piętrzą się nam problemy, a my sięgając za plecami próbujemy lewą ręką złapać prawe ucho. Dodatkowo dochodzi kwestia losowości pogody – klimatyczne, ale może zabić zabawę. Cieszę się, że zagrałem, bawiłem się nieźle i wiem, że już nie muszę.
Aquaria
Kuba 6/10 Zaczynam podejrzewać, że SETI to był bardzo udany debiut, który zjadł pana Holka (ok, można się spierać, czy Galileo jest złe czy dobre, ja skłaniam się ku temu, że raczej dobre, ale nie ciągnie mnie do kolejnej partii). Aquaria to gra o nieciekawym temacie (budujemy akwarium dla rybek), nieistotnej mechanice i niewciągającej rozgrywce. Ot, euro jakich wiele.
Maciek 7/10 Po ubiegłorocznym debiucie Tomas Holek ma u mnie duży kredyt zaufania i Aquaria z tym kredytem… nie robi nic. Mam wrażenie, że to taki poprawny tytuł, wydany tylko po to, żeby utrzymać ciągłość i zainteresowanie swoim nazwiskiem. Oceniam podobnie do Galileo Galilei, czyli niżej od świetnego Seti, ale wyżej od Herbacianego Ogrodu. W Auqrii wszystko działa, lecz nic nie porywa. Mamy ciekawy system wyboru akcji, którym robimy nieciekawe rzeczy. Temat jest mi obojętny, ale gra wygląda źle. Mam nadzieję, że to faktycznie tytuł na przeczekanie i pan Holek zaserwuje nam jeszcze coś o jakości Seti.
Franek 7/10 Niezbyt piękny, średniej wagi eurasek, który robi swoje, działa zupełnie w porządku… i tyle. Jest kilka fajnych myków w postaci ustawiania sobie różnych bonusów na przyszłość itp., lecz nic tutaj nie porywa. Temat w takiej grze jest mi niepotrzebny, choć ten jest wyjątkowo nudny. Z drugiej strony – grając, nie nudziłem się.
Chichén Itzá
Kuba 7/10 Troche nie wierzę, że daję taką ocenę temu dziwnemu hybrydo-eksperymentowi Stefana Felda. Niby euras, w którym biegamy po planszy i turlamy kostkami w walkach przecikow potworom z dżungli ORAZ INNYM GRACZOM? Cóż się tu wydarzyło?! Ale sama gra daje dużo radości. Raczej sprzedam niż zagram jeszcze raz, ale nie mogę wyjść z podziwu, że Feld to wydał. A wiecie czemu? Bo mógł.
Maciek 3/10 Stefan Feld, mimo że jest jednym z moich ulubionych projektantów, zawodził mnie już kilka razy. Jednak dawno nie grałem w jego tak złą grę. Chichen Itza wygląda jak jego eksperyment p.t. “ile jeszcze zniosą fani, zanim sięgną po widły i pochodnie”. Ta gra to abominacja bez jasno określonej tożsamości. Jak na euro jest absurdalnie losowa (na wielu płaszczyznach) i bez ciekawej optymalizacji, jak na turlankę do piwa precli jest zbyt długa, mozolna i ma za dużo zasad, a jako przygodówka jest nudna, prostacka i bez polotu. Nie ma tutaj pół elementu, mechaniki czy pomysłu, który by mi się podobał i dał poczucie, że gra jest kiepska, ale przynajmniej xyz to fajna rzecz. Rozpakowywanie i setup tej gry były żmudne i męczące, a finalnie okazały się najprzyjemniejszym czasem z nią spędzonym. Wisienką na torcie jest wydawnictwo Queen Games, którego szczerze nie znoszę.
Franek 4/10 Ugh. To było ciężkie przeżycie. Godzina wypychania zyliardów żetonów, rozkładania ich (w końcu to Queen Games, musi być bizantyjsko), męczący setup nagrodzony dwiema godzinami chaosu. Łazimy po planszy, lejąc bez sensu potwory (oj, słabo turlałem, stwór uciekł), które może nam przyniosą punkty, może nie. Jeśli przyniosą, to tyle, ile los da (każdy potwór ma naklejkę na spodzie podstawki – dowiemy się, co zyskaliśmy dopiero po pokonaniu jegomościa). Wszystko to ma pod spodem cieniutkie euro – budujemy sobie silnik, pozwalający nam trochę lepiej tłuc itp. Dawno mnie Feld tak nie wynudził. Zrobił grę, bo mógł. A mógł nie robić. Uratowałby trochę drzew, które idą na tak rozbuchaną produkcję.
Coming of Age
Kuba 7/10 Nie traktujcie tego jako gry – bo to straszny średniak. Potraktujcie jak doznanie, przeżycie, jak wyjście do galerii na wzruszający wernisaż, performance. Wtedy będziecie się na pewno dobrze bawić. Raz.
Franek 5/10 Koncept jest tu bardzo ciekawy, towarzyszymy naszemu dziecku w dorastaniu, patrzymy, jak zawiązuje nowe przyjaźnie, przeżywa zawody, uczy się życia. Teoretycznie jest to nawet sprytnie w wielu miejscach przeniesione na mechanikę. Ale jako całość działa to co najwyżej średnio, jest bardzo nieintuicyjne i męczące.
The Druids of Edora
Kuba 7,5/10 Nie jest to Feld genialny, nie jest to Bora Bora czy Zameczki lub Trajan, ale to porządne, staroszkolne euro, trochę przywodzące na myśl Bonfire tego samego autora. Po dwóch partiach mogę już stwierdzić, że przyjemnie i ciekawie jest rozplanować swoją wędrówkę po planszy. Graphic design woła o pomstę do nieba, a UI jest przygotowane tak, żeby osoby bez wszczepów z cyfrowym zoomem w oku nie były w stanie rozpoznać wszystkich oznaczeń w grze, ale bawię się nieźle. Czy będę się bawił nieźle za trzy partie? Wątpię, ale wątpię też, czy jeszcze tyle razy w Druidów zagram.
Maciek 5/10 Kolejna gra Felda i kolejne rozczarowanie, choć już nie tak duże, jak Chichen Itza. Gra działa, ma pewną siatkę zależności, na której opiera się sałatka punktowa. Całość jest dla mnie trochę zbyt sztywna i ograniczająca, żeby dawać mi frajdę. Do tego dochodzi beznadziejny UX, czytelność tej gry jest ujemna. Zagrać niby można, ale moim zdaniem nie ma co tracić czasu i męczyć oczu, bo poza wadami, gra się niczym nie wyróżnia.
Franek 7,5/10 Solidny euras od Felda, nic nowego, nadzwyczajnego – jednocześnie gra śmiga, każe fajnie planować, a sałatka punktowa jest przyjemnie skomponowana. Niestety to wszystko zalane mnóstwem ikon w wielu rozmiarach, z czego część każe się domyślać, że tam są. Nie wzbraniałbym się przed kolejną rozgrywką, choć rozszyfrowywanie tego, co widzę, męczy.
Echoes of Time
Kuba 7,3/10 Jak na reinterpretację Race for the Galaxy, to bardzo ciekawy tytuł, ale jednak będący tylko echem genialnego pierwowzoru. Najlepiej pewnie się będzie grało w dwie osoby i to przy założeniu, że zagramy te pięćdziesiąt-sto partii i będziemy je łykać w kwadrans każdą.
Maciek 6/10 Pierwsza z dwóch karcianek, w których palce maczał Simone Luciani. Jedną projektował, drugą developował i od razu widać, która jest która. Gra nie jest zła, ale najbardziej brakuje jej pomysłu, haczyka, na który złapie się gracz. Echoes of Time to bękarcie dziecko Ancient Knowledge i Race for the Galaxy, które w uniwersum Gry o tron zostałoby bez żalu wysłane na Mur 😉 Mamy karty, które są jednocześnie zasobami, zagrywamy je nie bezpośrednio na stół, a do “czyśćca” w którym muszą odczekać kilka rund, zanim trafią do tableau i będziemy mogli z nich korzystać. Problem jest taki, że między kartami nie ma specjalnych synergii, abilitki na nich są nieciekawe i możliwe do odpalenia tylko w niektórych rundach, a z braku pomysłu do gry dorzucono jeszcze negatywną interakcję. Całość nie porywa, jest dość statyczna, a najczęściej wykonywaną akcją jest “dobierz 2 karty”.
Franek 7/10 Ślicznie wydana gra będąca połączeniem mechaniki zagrywania kart na torze czasu z Ancient Knowledge oraz wyścigu po punkty i jak najszybszą budowę tableau z Race for the Galaxy. Grało się miło, niestety nie porwało, pewnie za chwilę o niej zapomnę.
Epona
Kuba 7/10 Nie bierzcie mojej oceny pod uwagę, bo źle zapamiętałem jedną zasadę i grałem w inną, łatwiejszą grę niż współgracze. I choć bawiłem się nieźle, to mam wrażenie, że liczba mikrozasad i dziwnych, nieintuicyjnych zlepek logicznych nie pozwoli Eponie zbytnio się rozgościć na naszych stołach. Samo układanie konikowego tableau jest spoko, ale boję się, że niewystarczająco.
Franek 6/10 Od pewnego czasu nie czekam już z wypiekami na twarzy na nowe gry pana Suchego, więc nie rozczarowałem się bardzo. Mamy tu takie mocno losowe, bardzo nijakie i mało czytelne budowanie tableau tak, aby wzajemne ułożenie kart dało na koniec gry jak najwięcej punktów. Z jednej strony – ciekawa łamigłówka, z drugiej losowość i nieczytelność zabijają trochę tę zabawę. Dwadzieścia lat temu (a wykonanie i ilustracje te czasy na myśl przywodzą) byłby to sztos. Dziś to gra do zapomnienia.
Etherstone
Kuba 7/10 Podobnie, jak w przypadku Echoes of Time – to gra szybciutka, karcianka, która najlepiej sprawdzi się w dwie osoby, które poznają ją na wylot. Taki LCG zamknięty w jednym pudełku. Dla fanów gatunku do sprawdzenia, cała reszta nie musi.
Maciek 8/10 Druga z wspomnianych karcianek Simone Lucianiego i tym razem duuużo lepsza. Tutaj z kolei mamy mocny posmak Res Arcana, ale chciałoby się powiedzieć, że Res Arcana zrobionej dobrze ciekawie. Najpierw wybieramy jednego z dwóch liderów i draftujemy siedem kart, które muszą wystarczyć nam do końca gry. Później gramy na punkty, lecz tych mamy 3 źródła – na zagranych kartach, w postaci żetonów do wzięcia w trakcie gry dzięki abilitkom na kartach i na kartach zagrożeń, z którymi można walczyć. Gra może zakończyć się na jeden z również trzech sposobów – skończy się pula PZtów, pokonamy wszystkie zagrożenia, albo ktoś zagra swoją ostatnią kartę z ręki. Na to nałożoną mamy prostą ekonomię opartą o draft kości, już w trakcie rozgrywki. Rodzi to zaskakująco dużo możliwości, zwłaszcza zestawione z umiejętnościami lidera. Kombosy są krótkie, można je skleić już z dwóch-trzech kart, jednak nie ma tutaj poczucia dożynania krótkiej maszynki. Efektów na kartach jest sporo, są ciekawe i dawały mi fajny posmak karcianki w stylu LCG/CCG. Bawiłem się znakomicie i nie mogę się doczekać kolejnych partii! Dodatkowy plus za oprawę graficzną w stylu dorosłego komiksu.
Franek 8/10 Bardzo miłe zaskoczenie! Draftujemy siedem kart, które próbujemy dobrać tak, aby pasowały do jednego z naszych liderów, a potem w trakcie rozgrywki ponownie draftujemy, tym razem kości, których kolor mówi nam, jakie zasoby możemy dobrać, a ich wartość uruchamia zdolności kart. Do tego dochodzi łamigłówka, kiedy jakie karty zagrywać, którymi z nich pokonywać jednego z trzech widocznych przeciwników (źródło punktów i mocnych jednorazowych efektów). Bawiłem się świetnie, ale co ważniejsze, czuję chęć zagrania ponownie. Mały minus za ikonografię.
The Hobbit: There and Back Again
Kuba 8/10 Jestem absolutnie powalony na kolana jakością wydania Hobbita. Po jednej grubej książeczce do pisania suchościeralnym mazakiem dla każdego gracza, do tego customowe kości, instrukcja na grubym papierze – a to wszystko przy SCD 120 PLN? Co więcej, to gra Reinera Knizii, a nie jest wcale kolejnym zlepkiem losowych mechanik i tematyk, ale naprawdę ciekawym tytułem, który w osiem, bardzo od siebie różnych i ciekawych, rozdziałów przeprowadza nas przez historię znaną z książki i robi to w naprawdę wierny sposób. Dobra zabawa zarówno z czterdziestolatkami, jak i pięciolatkiem i siedmiolatką.
Franek 7,5/10 Kolejne zaskoczenie – gra, po której niczego się nie spodziewałem… a szczerze po nazwisku projektanta raczej spodziewałem się, że nie będę się specjalnie dobrze bawił. Natomiast mamy tu osiem całkiem ciekawych wykreślanek, które częściowo dzielą ze sobą mechaniki. Fajne, z chęcią zagram, choć sam nie odczuwam potrzeby posiadania w kolekcji.
Locus
Kuba 8/10 Duże zaskoczenie, gra kupiona na targach nieco przypadkiem okazała się być super miłym wypełniaczem czasu, kojarzącym mi się z Ganz Schön Clever czy Qwixxem. Proste wykreślanie tetrisowych klocków na pięciu różnie punktujących tablicach potrafi być naprawdę satysfakcjonujące!
Franek 7,5/10 Gra, która skojarzyła mi się z Silver and Gold zmiksowanym z Ganz Schön Clever. Na naszym arkuszu rysujemy tetrisowe kształty z wylosowanych kart. Kształty te mają kolory, które mówią nam, gdzie można je narysować. Z kolei każdy kolor na arkuszu punktuje inaczej. Bardzo dobrze się bawiłem, z chęcią zagram ponownie.
Orloj: The Prague Astronomical Clock
Kuba 8,2/10 Bezdyskusyjnie najlepsze euro z tego Essen, w jakie miałem okazję zagrać. Co jest jednocześnie bardzo ciepłym komplementem, jak i świadczy bardzo niedobrze o tegorocznych targach. Tu nie ma błysku geniuszu. To jest dobra, rzemieślnicza robota. Mądrze zaprojektowane, ciekawie zilustrowane, wspaniale osadzone w intrygującym temacie porządne rzemiosło. Nie płaćcie za to po 500 złotych z drugiej ręki, poczekajcie na dodruki czy polskie wydania – i wtedy kupcie i grajcie, bo to dobre.
Maciek 7.5/10 Kawał solidnego euro, w którym temat nie jest potrzebny, ale widać, że ktoś jest fanem tytułowego zegara i jest on w grze pieczołowicie odwzorowany. Mechanicznie mamy tu miks dobrze znanych elementów, bez powiewu świeżości. W trakcie rozgrywki bawiłem się dobrze,lecz po niej niewiele o tej grze myślałem. Na pewno spędziłem czas lepiej niż przy reszcie tegorocznych, essenowych eurasów, ale daleko Orlojowi do miana hitu na miarę choćby Seti.
Franek 8/10 Dobry euras, który na powitanie mówi „witaj oczopląsie”. Na szczęście gra jest czytelna, ma jasne zasady, fajnie łączące się mechaniki, jest przy czym kombinować. Po przeczytaniu instrukcji wysyłanie robotników na rondel, w którym możemy (często kosztownie) dostosowywać akcje, wydawało mi się dość głupie, jednak działa fajnie i wprowadza sporo interakcji z innymi graczami. Do tego ścigamy się w tej grze o wiele rzeczy, co jeszcze dodaje emocji. Po wyjeździe zagrałem jeszcze kilkukrotnie i na szczęście nie miałem jeszcze odczucia powtarzalności. Polecam spróbować, zwłaszcza jeśli lubicie klasyczne euro.
SETI: Space Agencies
Franek 9/10 Bardzo lubię SETI, a ten dodatek bazowej gry bardzo nie zmienia, dodaje trochę więcej możliwości, rozpędza graczy na początku, daje im kierunek. Trochę jak Preludium w TM. Do tego usprawnia grę dla dwóch graczy, wypełniając częściowo planszę, dokłada możliwość szybszego skanowania sektorów. Nowe rasy obcych dodają różnorodności (jedne udane mniej, inne bardziej), jednak chyba wolałbym nowe kafelki punktacji końcowej. Ale ogólnie mam podobne wrażenia jak po dodatku do Ark Novy – nie zmienia bardzo rozgrywki, a dodaje trochę rzeczy, dzięki którym gra się jeszcze sprawniej, szybciej i ciekawiej.
Maciek 8/10 Poniekąd zgadzam się z Frankiem, ale nie do końca. Bałem się tego dodatku właśnie przez zmiany w setupie, a szczególnie wyrzucenie całej pierwszej rundy. Podobieństwa z Preludiami nasuwają się same, ale w Terraformacji rund gramy kilkanaście, a nie pięć. Tak, wiem że pierwsza runda w Seti nie oznacza równo ⅕ rozgrywki, ale i tak bałem się, że jej utrata (choć chyba lepiej pasuje słowo symulacja) bardziej mnie zaboli. Jest jednak bardzo dobrze. Podobnie jak w Terraformacji z użyciem Preludiów, dostajemy tutaj fajny rozpęd na start. Utrata pierwszej rundy nie boli aż tak, jak się spodziewałem, bo jednak nadal rozgrywamy te najbardziej mięsite rundy sami. Na plus asymetrycne zdolności frakcji i żetony pozwalające łatwiej skanować. Neutralnie oceniam nowe rasy obcych. Widziałem dwie, szału nie robią, ale więcej zmienności to dobra rzecz. Na minus zdecydowanie brak nowych kafelków punktacji końcowej, ja osobiście od tego zacząłbym pracę nad dodatkiem. Koniec końców dodatek już zamówiłem i na pewno nie zamierzam grać bez niego.
Tag Team
Kuba 8/10 Dwuosobowy autobattler pojedynkowy, który próbuje zepchnąć Challengersów z piedestału (tak wiem, istnieje jeszcze Golden Cup, ale nie lubię mówić źle o zmarłych). Naprawdę fajnie to działa, jest klimat fantaziakowatego Mortal Kombat, a kolejne rundy każdej partii są naprawdę emocjonujące. Aż mi szkoda, że nie mam czasu dobrze się nauczyć różnych kart i opcji, bo pewnie dla osób, które lubią masterować gry, będzie tu się chowało mnóstwo frajdy. To lepsza gra niż Challengers, ale jednocześnie dająca nieco mniej radosnego funu – zasługuje jednak z pewnością na wysoką ocenę.
Maciek 8/10 Ależ pozytywne zaskoczenie. Już Challengers pokazało,że autobattler w planszówkach może mieć sens. Tag Team opiera się na tym koncepcie i robi z niego bardzo dobrą grę. Nie to, żeby Challengers było kiepskie, bo tam zabawa i frajda są na pierwszym planie, tutaj mam przyjemność z obcowania z mechaniką. Tag Team to pojedynek, w którym obaj gracze posiadają dwie postacie. Każda postać jest unikatowa, posiada inne abilitki i swoją talię. Po wyborze naszego składu, tasujemy obie talie razem, bierzemy też po jednej startowej karcie i układamy je w dowolnej kolejności. Później obaj gracze odkrywają kartę z wierzchu i rozpatrują je jednocześnie. Na kartach mamy głównie atak, blok i leczenie, jednak każda postać ma też swoje mikromechanizmy. Najważniejszy w rundzie jest jednak momen, w którym dobieramy 3 karty z talii, wybieramy jedną i wkładamy ją w dowolnym miejscu talii głównej. Genialne rozwiązanie, które daje graczowi zaskakująco dużo decyzji do podjęcia. Masa tu fajnego główkowania, próby wbicia się z właśnie dobranym blokiem w to miejsce, w którym powinien być atak przeciwnika. Bawiłem się wyśmienicie i uważam, że to jedna z dwóch najlepszych gier, które poznałem przy okazji tegorocznego Essen.
Franek 8/10 Zaskakująco ciekawy autobattler, w którym po każdej rundzie walki dodajemy do naszej talii jedną z trzech nowych kart. Dwóch pozostałych już pewnie nie zobaczymy, bo wędrują na spód stosu dobierania. Natomiast swoich talii gracze nigdy nie tasują, a nowa karta wędruje w wybrane przez nas miejsce (podobnie w tym czasie robi przeciwnik). Świetnym mykiem jest to, że kontrolujemy dwie postaci – a w turze walczy tylko ta, której karta została odkryta, podobnie jak u przeciwnika. Daje to sporo możliwości kombinowania, jednak aby w pełni docenić grę, trzeba by pewnie zagrać w nią na tyle dużo razy, aby znać wszystkie talie postaci, wiedzieć, co robią, jakie mają synergie, czego spodziewać się po postaciach przeciwnika. No… albo, jak my, po prostu bawić się superszybką, ekscytującą nawalanką 🙂
Władca Pierścieni: Los Drużyny Pierścienia
Franek 8.5/10 Kolejne spore zaskoczenie tej jesieni. Wchodząc w hobby, sporo grałem w Pandemię, potem przyszła wersja Legacy, z którą przeżyliśmy z naszą grupą niesamowite przygody… ogólnie rzecz ujmując – mam spory sentyment. Niestety, kolejne gry z serii ostudziły nieco to uczucie. A było tego sporo; w niektórych z nich pojawiały się odświeżające pomysły, ale nic, co by mnie porwało. Doszedłem do wniosku, że po prostu „wyrosłem” z Pandemii i tyle. Stąd wieść o nowej grze spowodowała tylko wzruszenie ramionami. Oczywiście świat Tolkiena trochę kusił, ale Pandemia w świecie Star Wars nie porwała mnie szczególnie, więc i tu nie spodziewałem się niczego wyjątkowego. I jakże bardzo się myliłem. Mam wrażenie, że Matt Leacock zebrał najlepsze pomysły z poprzednich gier (przemieszczanie jednostek z Upadku Rzymu czy misje z Wojen Klonów), sprytnie spiął je mechanicznie, dodał kilka nowości – samo to już według mnie wystarczyłoby na dobrą grę. Ale osadzenie jej w świecie Władcy Pierścieni dodało coś, czego po prostej optymalizacyjnej grze się nie spodziewałem – wylewający się z pudełka klimat. I o ile zawsze podkreślam, że klimat nie jest mi potrzebny do grania, tak tu dałem się uwieść, aż znowu czuję potrzebę ściągnięcia książki z półki i towarzyszenia Frodowi w jego podróży do Góry Przeznaczenia.
Oczywiście, nie dajmy się zwieść: nadal jest to Pandemia, i jeśli ktoś jej nie cierpi, to może się odbić. Natomiast moim zdaniem to najlepsza Pandemia, jaka do tej pory się ukazała. Mnogość misji i postaci zapewnia jej sporą regrywalność, a zwycięstwo nie przychodzi łatwo – jego warunkiem jest spełnienie wszystkich czterech misji. Przegrywamy, jeśli Frodo straci nadzieję (a może stać się to na mnóstwo sposobów). Dodatkowym plusem jest tryb solo, co wydaje się dziwne w grze kooperacyjnej. Zmienia on odrobinę zasady i ułatwia kontrolowanie odpowiedniej liczby postaci, choć samą rozgrywkę nieco utrudnia. Idealnie.
Maciek 8/10 Również sporo grałem w Pandemica na początku planszówek, do tego stopnia, że w pewnym momencie obrzydziłem sobie nie tylko Pandemię, ale kooperacje jako gatunek 😉 Wersja legacy tę niechęć tylko pogłębiła, choć sezon 0 był niezły. Natomiast Los Drużyny Pierścienia to zupełnie inna jakość. Wiem, że opiera się w dużej mierze na Upadku Rzymu, ale nie miałem okazji zagrać, więc zamiana rozprzestrzeniania się czterech chorób na częściowo oskryptowane ruchy jednej armii było czymś, co zerwało mi czapkę z głowy. Przy czym to dopiero początek zmian, bo mamy tutaj zadania, które całkowicie zmieniają sposób, w jaki podchodzimy do wygranej i niesamowicie podkręcają regrywalność. Dostajemy sporo postaci o zróżnicowanych zdolnościach i dedykowany tryb solo, w którym mamy kilka dodatkowych utrudnień. Całość faktycznie jest zaskaująco klimatyczna i można poczuć tutaj opowieść Tolkiena. W zasadzie nie widzę minusów, można odrobinę ponarzekać na czytelność, ale to nic nie do przeskoczenia. Trzeba również dodać, że mimo wielu zmian i nowych mechanik, to nadal jest gra oparta na silniku Pandemii, więc jeśli ktoś ma na nią alergię, to tu też raczej nie będzie się dobrze bawił.
To wszystkie gry, w które (z jednym, maleńkimi przewałem) graliśmy razem. Teraz przejdźmy do kącika pod tytułem „Kuba jako jedyny jeździ na Essen, więc ma więcej okazji do spróbowania różnych gier”:
Arkham Travel Guide
Kuba 7/10 Wykreślanka pokręcona jak umysły Wielkich Przedwiecznych. Nie, że jakoś strasznie skomplikowana, po prostu nieco dziwaczna. Ja oczywiście z Essen przywiozłem obie części (druga jest o Innsmouth), ale chyba za długo u mnie nie zagrzeją miejsca. Zwłaszcza, że po zakupie okazało się, że za wydaniem gry stoi CrowD Games, czyli wydawnictwo z kraju agresorów.
Borealis: Arctic Expeditions
Kuba 8,4/10 Chyba największa niespodzianka tych targów. Po grze nie spodziewałem się właściwie niczego. Do kupna zachęciła mnie opinia z drugiej ręki, że “chyba nudne”. Ponieważ osoba, która opinię podrzuciła ma często skrajnie odmienne gusta ode mnie, byłem zdecydowany dać szansę. No i jest SUPER! To niby prosty tableau builder z małym mykiem z przestawianiem workerów, którzy defacto pełnią funkcję żetonów, za które kupujemy karty. Gra łechce te same rejony mózgu, co Splendor, ale robi to w sposób fajniejszy i dziwniejszy. Chcę jeszcze!
Lost in the Woods
Kuba 2/10 Kojarzycie Micro Macro? Sprytnie narysowaną biało-czarną wyszukiwankę na dużym arkuszu? No to tutaj mamy podobny sztafaż, ale tym razem jedna osoba losuje kartę, na której znajduje się wycinek planszy i ma reszcie drużyny przekazać, gdzie jest. Brzmi fajnie? Mhm, a czy wspominałem, że ma to robić np używając tylko jednosylabowych wyrazów? Albo śpiewając? Albo… sami sobie wyobraźcie, jaka to musi być BARDZO ŚWIETNA ZABAWA.
Fearless
Kuba 8/10 Kolejna lewówka, tym razem od Friedmanna Friesego – naprawdę niezła! Prosty twist polegający na przesunięciu kart o 6 w lewo – wartości zaczynają się od -6 i kończą na +6. Wynik rozdania to wartość bezwzględna uzbieranych oczek, a naszym celem jest po kilku rozdaniach być jak najbliżej zera punktów.
Ghostbumpers
Kuba 6/10 Bardzo rzadko jestem tak niepewny oceny, jak w tym przypadku. Chcę zagrać ponownie, bo może jeszcze zmienić się ta moja ocena o +/-2 punkty. Na pewno jest to tytuł dla dobrze zaprawionych w bojach lewowiczów – niby fajnie, ale z kolei nie pogramy w gronie mniej liczącym karty, a trochę tego do liczenia jest. Fanom Panda Spin odradzam.
Ice and Idols
Kuba /10 Pozostawiam bez oceny, bo tak strasznie się sfrustrowałem przy… rozpakowywaniu gry, że nie jestem w stanie jej na chłodno ocenić. W środku znajdziemy mnóstwo plexiglasowych ścianek, z których trzeba pozdejmowac przyklejoną folię ochronną, ale ona jest tylko z jednej strony – zgadujcie, z której, bo jej przecież nie widać. Potem trzeba powciskać te ścianki w podstawki, które pękają… ARGH. Sama gra jest za długa jak na to, co oferuje i zdecydowanie niewystarczająco dobra, żeby wynagrodzić godzinę męki zanim zaczniecie grać.
Limit
Kuba 3/10 Gra ma być eksperymentem społecznym/modelem matematyczno-społecznym/przeżyciem. Jest nieudaną grą ekonomiczną, zaprojektowaną przez matematyka, który nie umie projektować gier, a obiecanych doznań nie dostarcza, za to nieźle frustruje. Omijać.
Norsewind
Kuba 6/10 Gra się zaczyna, trwa, kończy. Ma spójne zasady i oferuje zero emocji. Czułem się jak na wycieczce po parku miejskim – niby zielono i drzewa, ale przecież wszyscy wiemy, że to trochę ściema. Nie widzę żadnego powodu, żadnej zachęty, by zagrać ponownie.
Pondscape
Kuba 7/10 Tomáš Holek w rodzinnej odsłonie. Gramy w city building budowanie stawu wypełnionego punktującymi na różne sposoby ropuchami i habitatami. Sympatyczne, niedługie (każdy wykona po 15 akcji), aczkolwiek raczej nie będzie grane dziesiątkami partii z rzędu.
Punica
Kuba 8/10 Fiu, fiu! Mariusz Rosik to sprzedażowiec Phalanxów, który postanowił zaprojektować grę, którą będzie mu się dobrze sprzedawać – nieskomplikowaną, niewielką, nietrudną. I, do cholery, wyszło mu to naprawdę nieźle. Niby asymetryczna dwusosobowa gierka na pograniczu gry wojennej (dwie strony, wojska lądowe i morskie, mapa) i gry logicznej (zero losowości, prostota i przejrzystość zasad). Naprawde warto.
The Republic’s Struggle
Kuba 3/10 Dałem się skusić obietnicą nowej Zimnej Wojny. W zasadzie wszystko jest bardzo podobne, nawet tor podboju kosmicznego (tutaj zwany torem dyplomacji), battlegroundy, przewroty, eventy na kartach. I każda rzecz jest zrobiona odrobinę gorzej. Jak dodamy do tego fatalną angielską instrukcję (z błędami wypaczającymi grę), robi się z tego uroczy kasztanik.
Skybridge
Kuba 5/10 Michael Rieneck w bardzo ciekawie zilustrowanej przez Franza Vohwinkela (i jak się okazuje arysta także współprojektował grę) odsłonie. Tytuł niestety mocno nieoszlifowany, miałem wrażenie, jakby prototyp został wydany z pominięciem działu developmentu. Do tego możemy zapoznać się z olbrzymim światem gry, naprawdę bardzo bogatym lore, co skłania mnie do przekonania, że Skybridge powstało najpierw jako projekt artystyczny artysty, a dopiero potem gra. No i się nie spięło.
The Slasher
Kuba 7/10 Zaskakująco dobra dwuosobowa lewowa kooperacja. Nawet da się wyczuć klimat “Final Girl”. Naprawdę jestem pod dużym wrażeniem i nie zdziwię się, jesli ktoś to wyda po polsku. Tak, Nasza Księgarnio, patrzę na Was!
Verdun
Kuba 5/10 Chaotyczna i mało ciekawa lewówka, która zaprojektowana jest na dwie lub cztery osoby. W dwie już było bardzo średnio, a w cztery dojdzie do tej uroczej zabawy jeszcze kolejna porcja niezrozumienia i chaosu, wynikająca z zagrywania kart w parach bez znajomości swoich rąk. Uch!
A Very Civil Whilst
Kuba 8/10 Kolejna bardzo udana pozycja wydawnictwa Phalanx! Tym razem ga, która została niegdyś wydana jako konwentówka/print&play. Dwuosobowy trick-taking oparty na zasadach wista, w którym rywalizujemy na czterech różnych frontach walki – militarnej i politycznej. Bardzo ciekawie jest zajrzeć do głowy projektanta, którego przy pracy ogranicza materiał designerski w postaci jednej talii standardowych kart. Bardzo ładnie wydane!
Wszystkie zdjęcia pochodzą z serwisu BoardGameGeek.


































Dodaj komentarz
Chcesz się przyłączyć do dyskusji?Feel free to contribute!