Top 10 gier wydanych w 2018 roku

Uwielbiam topki, przez ostatni rok nic się pod tym względem nie zmieniło. Od poprzedniej, a jednocześnie pierwszej, minął już niemal rok, więc czas najwyższy na kolejne zestawienie. Tym razem wezmę na tapetę najlepsze gry spośród wydanych w 2018 roku.

Analogiczną topkę dla 2017 roku publikowałem w połowie czerwca, tym razem ogrywanie nowości poszło mi zdecydowanie szybciej. Na pewno wpływ na to miała nominacja do Kapituły nagrody Gra Roku (tak, chwalę się 😉 ), co niejako wymusiło na mnie nadrobienie kilku zaległości. Cieszę się, że dałem sobie czas na sprawdzenie wielu gier, bo trzy z nich wdarły się do topki niedawno. Gdybym publikował ją miesiąc albo dwa wcześniej, to na pewno by się w niej nie znalazły. Ponownie też wrzucam swoje podsumowanie roku później niż Gradanie, a to już jawi się jako prawdzie osiągnięcie 😉

 

Zanim przejdziemy do konkretów, to jeszcze kilka zdań wyjaśnień. W 2018 roku zagrałem w zdecydowaną większość gier, które z jakiegoś powodu mnie interesowały, miałem okazję sprawdzić też prawie wszystkie gorące premiery. Z głośniejszych gier nie zagrałem tylko w Rising Suns, Root i Blackout: Hongkong, jednak wiem, że tylko ta ostatnia miałaby szansę zamieszać coś w topce.

 

Ideą tego wpisu jest pobieżne przybliżenie wyróżnionych gier, nie znajdziecie tutaj pełnoprawnych recenzji. Jeśli dany tytuł szerzej opisywałem, to wkleję przy nim link do odpowiedniego tekstu. Z przyjemnością podyskutuję w komentarzach o moich wyborach, ewidentnych brakach czy zdecydowanie zbyt wysoko umieszczonych grach. Pamiętajcie jednak, że poniższy tekst to żadna prawda objawiona, a moje subiektywne dziesięć najlepszych gier wydanych w 2018 roku.

 

Spokojnie, spokojnie, nie zapomniałem o honorowych wzmiankach! Przecież cóż to za Top 10, w którym jest równo dziesięć pozycji, prawda? Dlatego, jak w ubiegłym roku, chciałbym Wspomnieć o trzech grach, które z jakiegoś powodu nie zmieściły się w dyszce, ale zasługują na kilka słów w tym tekście. Pierwsza z nich to nowa gra Felda. Forum Trajanum było złe, za to Carpe Diem niczego sobie. Nie jest to poziom Trajana, Zamków Burgundii czy Bora Bora, ale można z przyjemnością zagrać i mieć nadzieję, że Feld nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Drugą z nich jest przygodowy deckbuilder w uniwersum Mistfall, również autorstwa Błażeja Kubackiego, czyli Chronicles of Frost. Mam słabość do deckbuildingu, a tutaj znajdziemy pomysł znany choćby z Tyrants of The Underdark, czyli możliwość usuwania kart z talii, żeby warte były więcej punktów. Wydaje mi się, że gdybym pograł więcej, to Chornicles of Frost spokojnie znalazłoby miejsce na poniższej liście.

Ostatnia wzmianka to Blitz Bowl, czyli odchudzony i szybszy Blood Bowl. Nadal mamy fantastyczne figurki od Games Workshop, mecz dwóch drużyn i kupę rzutów kostką, jednak w tym razem partia trwa trzy kwadranse, a nie godziny. Dodane zostały również cele, które są alternatywnym dla przyłożeń źródłem punktów. Przed wrzuceniem Blitz Bowla na listę powstrzymała mnie jak w poprzednim przypadku, zbyt mała liczba partii na koncie.

 

No dobrze, w takim razie bez zbędnego przedłużania, przejdźmy do dziesięciu najlepszych gier wydanych w 2018 roku:

 

Miejsce 10.

Dice Hospital / Fertility

Początek topki i od razu przewał 🙂 Wzmianki wzmiankami, ale jak już widzicie, na ścisłej liście również nie będzie równej dziesiątki. Długo zastanawiałem się nad wyborem lepszej z tych dwóch, a że są w wielu aspektach podobne, to postanowiłem umieścić je ex aequo na dziesiątym miejscu. Obie gry są ładne i kolorowe, mają przystępne zasady i trwają niecałą godzinę. Do obu można usiąść z mniej ogranymi osobami, jako do gier „drugiego kroku”, jednak geeki się przy nich nie wynudzą. W obu potrafi trochę zaboleć losowość, jednak blednie przy ogromie frajdy, jaki daje rozgrywka.

W Dice Hospital prowadzimy szpital, do którego co rundę przyjmujemy i leczymy pacjentów, symbolizowanych przez kostki. Zatrudniamy nowych specjalistów, rozbudowujemy szpital i bawimy się w niezbyt rozbudowaną manipulację kośćmi.

Fertility to dokładanie kafelków na wspólną planszę w celu zbierania zasobów i wydawanie ich na swojej planszetce na punkty. Świetnym pomysłem jest konieczność budowania na planszetce miejsc, w których można wydawać zasoby, bo gracze startują z niemalże pustą planszetką. To od nas więc zależy, co w danej partii będziemy punktować. Bardzo przyjemna łamigłówka, która już niedługo pojawi się po polsku, jako Dolina Nilu.

Więcej o Fertility przeczytacie w mojej recenzji.

Więcej o Dice Hospital przeczytacie w mojej recenzji.

 

Miejsce 9.

Captains of the Gulf

Gdyby to było zestawienie najbrzydszych okładek, to CotG wylądowałoby zdecydowanie wyżej. Jest to gra dużo cięższa oraz brzydsza od poprzedników. Gracze wcielają się w kapitanów niewielkich kutrów, którzy przez osiem rund będą łowić i sprzedawać owoce morza w Zatoce Meksykańskiej. Gra to wybieranie akcji na rondlu, rozbudowa swojej łajby i często wyścig do najlepszych łowisk, które szybko zostają ogołocone. Zwłaszcza zarządzanie łodzią jest ciekawe, bo każde jej ulepszenie kosztuje, a pieniądze są 1:1 punktami zwycięstwa. Każda karta może być zagrana na cztery sposoby, więc robiąc z niej np. członka załogi, pozbawiamy się trzech innych możliwości. Gra ma kilka minusów, jak choćby losowość dociągu i fakt, że pierwsza tercja rozgrywki jest dosyć powtarzalna, a gracze robią bardzo podobne ruchy. Jednak później, po rozwinięciu kutrów, całość nabiera ogromnych rumieńców. Gorąco polecam sprawdzić, lecz pewnie na egzemplarzu kolegi, bo cena jest zabójcza :/

 

Miejsce 8.

Welcome to…

Od dłuższego czasu gry z rodziny roll & write, u nas swojsko nazywane skreślankami, mnożą się jak grzyby po deszczu. W ubiegłym roku topka jeszcze oparła się tej modzie, jednak teraz otwiera swe podwoje przed najlepszą skreślanką, jaką znam. Zarazem dosyć nietypową, bo rolę kostek przejmują w niej dwie talie kart. Wcielamy się w architektów i numerujemy domy przy trzech ulicach. Brzmi prosto, przez pół godziny wpisujemy numerki na karteczce, jednak po każdej partii wstaję z uczuciem zagrania poważnej gry.

Więcej w mojej recenzji.

 

Miejsce 7.

Lords of Hellas

Można zażartować, że Lords of Hellas nie powinno się znaleźć na liście wydanych w 2018 roku, bo nadal nie otrzymałem jeszcze całej gry. Podbiła ona Kickstarter w 2017 roku, zbierając w trakcie kampanii ponad 1,7 miliona funtów. Niestety jak to w przypadku Awaken Realms bywa, na dodatki i stretch goale czekamy nadal. Nie zmienia to faktu, że Lords of Hellas to znakomity przedstawiciel nielubianego przeze mnie gatunku, czyli area control z figurkami na mapie. Jednak mamy tutaj kilka fajnych pomysłów, bohatera, który daje nam drugą warstwę rozgrywki, cztery warunki zwycięstwa i bardzo sprytne, do pewnego stopnia policzalne bitwy. Wszystko to złożone razem sprawia, że Lords of Hellas jest moją ulubioną grą z kategorii „dudes on the map”.

Więcej w moim opisie wrażeń, po ograniu prototypu.

 

Miejsce 6.

Dice Settlers

Kolejna w zestawieniu gra z kostkami i tak jak poprzednio, są to eurokości, choć Dice Settlers trochę wymyka się sztywnym podziałom. Budujemy tu pulę kostek, które po dociągnięciu z worka determinują jakie akcje będziemy mogli wykonać. Nie ma jednak problemu z nadmierną losowością, bo możemy nią zarządzać. Mimo że wśród akcji znajdziemy czysto eurowe przerabianie zasobów na punkty, to nie będzie wielkim naciągnięciem, jeśli grę nazwiemy przedstawicielem gatunku 4x. Znajdziemy tu bowiem eksplorację, rozwój technologiczny, gromadzenie zasobów i prostą, jednak istotną walkę o przewagi na kafelkach. Z tą ostatnią wiąże się jeden z moich ulubionych mechanizmów gry – przy odpowiednio dużym nakładzie sił, możemy „zaklepać” kafelek tak, żeby do końca rozgrywki już nikt nam go nie odebrał. Przeciwdziała to nadmiernemu przeciąganiu liny i wyniszczającym konfliktom, czego bardzo nie lubię. Dice Settlers już niedługo zostanie wydane w polskiej wersji językowej i gorąco polecam sprawdzić, szczególnie fanom eurokości i miksów gatunków.

 

Miejsce 5.

Newton

Połowa topki za nami, a na koncie dopiero jedno, typowe euro. Najwyższy czas na kolejne. Newton to świetny, staroszkolny euras. W grze nie znajdziemy nic, czego już wcześniej byśmy nie widzieli, ale całość jest złożona wybornie i działa bardzo sprawnie. W czasach, w których gry prześcigają się w „innowacyjności”, Newton daje zaskakującą świeżość, będąc zlepkiem solidnych mechanizmów. Jeśli czasem z nostalgią wspominacie, jak to projektowało się gry dekadę temu, to w Newtonie zakochacie się od razu.

Więcej w mojej recenzji.

 

Miejsce 4.

Western Legends

Nie regulujcie odbiorników, to nie błąd. Przed chwilą wspominałem o małej liczbie eurasów, a tutaj taki kwiatek? No cóż, w ubiegłym roku moją skazą na wizerunku eurosucharzysty był Warhammer Underworlds: Shadespire i widać, że „choroba” postępuje. Na pierwszy rzut oka Western Legends ma wszystko, żeby mnie od siebie odrzucić. Przygodówka, z balansowaniem rozgrywki zrzuconym na barki graczy i bezpośrednią, negatywną interakcją typu „to teraz ja cię zastrzelę i zabiorę ci część dobytku”. Kurczę, przecież ja nawet niezbyt lubię Dziki Zachód. Ciężko to wytłumaczyć, ale przy Western Legends za każdym razem bawię się wyśmienicie. Gra na szczęście nie powala losowością, kostką rzuca się tylko przy jednej akcji. Na upartego można grać jak w euro i ciułać punkty szukając złota i przeganiając bydło. Może też polować na bandytów, napadać na bank, pojedynkować się z innymi graczami, grać w pokera, pić w saloonie czy kompletować wymarzony ekwipunek. I wszystkie te aktywności dają nam punkty, więc za każdym razem sławę naszej postaci możemy budować trochę inaczej. Nigdy bym się nie podejrzewał o zachwyt tego typu grą, a dodatek na Kickstarterze już wsparłem 😉

 

Miejsce 3.

Teotihuacan

No dobrze, po tej małej aberracji wracamy na euroszlak, z którego już nie zejdziemy. Najniższe miejsce na podium zajmuje najgłośniejsza premiera ubiegłorocznego Essen i jeden z największych językołamaczy wśród tytułów planszówek. Klasyczne euro z przerabianiem zasobów na punkty i bardzo ciekawym twistem, w postaci zarządzania robotnikami. Siła naszych akcji zależy bowiem od liczby naszych pracowników na danym polu i ich doświadczenia, które zdobywają, oczywiście pracując. Tworzy to ciekawą łamigłówkę, które akcje i w jakiej kolejności wybierać, żeby dojść do upragnionej sytuacji, w której na potrzebnym polu mamy trzech doświadczonych pracowników. Do tego dochodzi obecność przeciwników, która zwiększa nam koszt akcji i wyścig o niektóre pola, co tworzy bardzo przyjemną całość.

Więcej w mojej recenzji.

 

Miejsce 2.

Underwater Cities

Młodsza siostra ubiegłorocznego laureata, czyli Underwater Cities. Najnowsza gra Vladimira Suchego, który cichcem wdarł się do grona moich ulubionych twórców, to waga ciężka. Długa, mięsista rozgrywka, w której każda decyzja ma znaczenie. Klasyczny worker placement, wzbogacony fajnym pomysłem z kartami. Pola akcji występują w trzech kolorach, tak jak karty, Zawsze, kiedy wykonujemy akcję na jakimś polu, musimy zagrać też kartę z ręki. Jeśli kolor karty i pola się zgodzi, to zagrana karta wchodzi do gry, w przeciwnym przypadku jest odrzucana bez odpalenia jej efektu. Wzbogaca to warstwę decyzyjną i czasem prowadzi do sporych dylematów. Całość wykonujemy, żeby jak najefektywniej rozbudowywać naszą sieć podwodnych miast. Ciężka, trudna i niesamowicie wciągająca gra, która w tym roku doczeka się polskiej wersji.

Więcej w mojej recenzji.

 

Miejsce 1.

Brass: Birmingham

Zacząłem przewałem, więc tak też skończę. Jak to, gra z 2007 roku najlepszą z wydanych 11 lat później?! Zdecydowałem się na ten krok z trzech powodów. Po pierwsze nigdy nie grałem w oryginalnego Brassa, więc dla mnie była to absolutna nowość. Po drugie zmiany, które wprowadza Birmingham w stosunku do pierwowzoru, są na tyle istotne, że moim zdaniem możemy mówić nie tyle o liftingu, a pełnoprawnej, nowej edycji. Trzeci powód jest prozaiczny. Bardzo długo zastanawiałem się nad moim numerem jeden, nie mogłem wybrać między Teotihuacanem a Underwater Cities. Zmęczony tą zagwozdką, postanowiłem się nie krygować i palmę pierwszeństwa wręczyć grze, która „pozamiatała” mną w ubiegłym roku. Brass to najlepsza gra ekonomiczna, w jaką grałem. Ciężki, strategiczny tytuł, który jednak dzięki zmienności w setupie i kartach, można za każdym razem grać trochę inaczej. Jedyna z wymienionych gier, która znalazła się w mojej topce wszech czasów. Dowód geniuszu Martina Wallace’a. Po prostu Brass.

0 Udostępnień